Głupia zakochana dziewczynka
Jest mi strasznie przykro. On mnie nie szanował.
Był za to miłością mojego życia.
Był.
Cierpiałam, kiedy nie było go przy mnie, a jeszcze bardziej, gdy był.
Ranił mnie każdym swoim słowem.
Taka jest prawda.
Nigdy nie potrafił zatrzymać kogoś, na kim mu zależy. Wiedział, że pewnie wrócę, ze jestem zbyt mocno przywiązana do niego, by być z kimkolwiek innym. I wiedział, ze nie odejdę za nic.
Miał tą magiczną, rozkoszną pewność, ze ja zawsze będę, że nie trzeba nic robić.
I potrzebował mnie, owszem… potrzebował… zawsze wtedy, gdy czuł pociąg seksualny.
Nigdy nie był na moim poziomie emocjonalnym.
Czasem nawet odpychał mnie, gdy próbowałam go przytulić, pocałować… Niby w żartach, niby „na niby”…
Nie potrafił w krytycznej sytuacji powiedzieć mi, że kocha, że jednak coś do mnie czuje.
Musiał się zmuszać.. i jeszcze myślał, ze tego nie widzę.
Byłam, być może, jego „koleżanką” do pogadania o czymś neutralnym; kochanką -i owszem, czasem nawet siłą wymuszał na mnie pewne zachowania… Nie byłam zaś nigdy kimś na głębszych relacjach. Choć marzyłam o tym niesamowicie każdej nocy, gdy spał już obok mnie.
Nie ufał mi zupełnie.. i zupełnie nie rozumiał moich problemów, w szczególności zdrowotnych.
Marzyłam o bezgranicznym zaufaniu z jego strony, dostawałam zaledwie ochłap przyzwoitości, a i czasem nawet nie to.
Wiecznie sprawdzana z zachowań, wypytywana etc. pod jego okiem byłam małą zakochaną dziewczynką.
Teraz widzę to wyraźnie.
I choć czasem widziałam obiektywnie jego zachowania, to ciągle wierzyłam, że on taki nie jest, że zmieni się dla mnie…
Jaka ja byłam głupia. Przepłakałam przez niego wiele nocy.
Głupia, zakochana dziewczynka… Już nigdy więcej!
…jak mógł jej nie doceniać…?
Ostatnio, tj. wczoraj.. ogarnął mnie dziwny nastrój… sama juz
nie wiem, jak to nazwac… Szczyt epicentrum? Bessa
Właczylam muzykę, która zawsze wywołuje u mnie dreszcze… i zaczęłam płakać..
choć… to nie tak; łzy same poczęły spływać po moich policzkach, niekontrolowanymi słonymi smugami zanaczając swoją obecność.
Nie wiem do konca, dlaczego tak sie stało; faktem jest, iż potrzebowalam tego.
***
A moja rodzina… Moze krótka charakterystyka, która mówi sama za siebie:
Matka.
To temat bardzo szeroki, choc ja ogranicze sie do krótkiego opisu.
Od pewnego czasu kompletnie obca mi osoba.
Ekstrawertyczna az do przesady, ukrywająca za plaszczykiem przyjacielskosci swoje prawdziwe oblicze wyrachowanej kobiety, ceniacej w zyciu przede wszystkim zabawe, mezczyzn i pieniadze.
Siostra 1.
Typowy przykład ‘silnego charakterku za pokaz’, za którym maskuje swoja bezbronnosc wobec ludzi. Manifestujaca na kazdym kroku swoje niezadowolenie egoistka, która kieruje sie w zyciu jedynie checia przypodobania sie innym ludziom, brak akceptacji spolecznej odebralby jej z pewnoscia sporo hipokryzji.
Siostra 2.
Nigdy nie bedaca bliska mi osoba -typowe ‘dziecko Fotki.pl’.
Wiecznie niezadowolona, z patologicznym podejsciem do zycia, majaca dosc widoczny ubytek empatii wobec innych. Akcentujaca wady innych zakompleksiona nastolatka, która pastwi sie nad kazda slabsza osoba, której slaba strone dostrzeże.
oto moja rodzina…
obcy mi, jak nigdy.
Bez żadnego znaczącego tytułu…
Nie wiesz, co czuje. Nie masz pojecia, jak cierpię codziennie..
Wszystko, o czym teraz marze i czego mi potrzeba, to Ty.
Tylko Twoja obecność mogłaby zabić we mnie ten straszliwy ból serca…
nie umiem opisac do konca, co czuje dokladnie… wiem, ze to straszliwy ból wewnątrz mnie.
Przenika na wskroś cialo..
pewnie nigdy sie nie dowiesz… co czuje tak naprawde.
Maskuje swoja codzienna tesknote udawana obojetnoscia.
Dlawie w sobie ta milosc, udaje mi sie robic to na tyle dobrze, ze jest to moja rola.. prawie jak w teatrze codzienności.
wszystko, co teraz pisze.. -nie wiem, dlaczego, ale wydaje mi sie takie.. zalosne..
boje sie, ze bedzie zalosne w twoich oczach
w ogole o wszystko sie boje.. o to, ze przypadkiem odkryjesz, jak bardzo cie kocham.. nie wiem tez, dlaczego, ale boje sie w pewnym sensie jakiejs kompromitacji..
nigdy nie czulam sie, jak teraz…
Nienawidzę się narzucać.. i chyba wolałabym odejść, niż to robić.
Wtedy mi smutno…
Czasami jest mi smutno…
Po prostu smutno.
Kiedy on nie podziela mojego zafascynowania tym związkiem…
Kiedy wytyka mi wszelkie błędy, bądź czyni pouczające uwagi…
Kiedy podchodzi tak zwyczajnie do mojej osoby… Do naszych spotkań.
Kiedy w całej rutynie tego życia nie znajduje nic cudownego wspólnego ze mną…
Kiedy nie docenia chwil, gdy jesteśmy razem…
Kiedy krytykuje mnie…
Kiedy opatrznie wyraża swe poglądy na mój temat…
Kiedy nie przejmuje się, jak będę się czuła po tym, co od niego usłyszę…
Wtedy tak mi smutno…
Podziwiam go…
Jestem w niego wpatrzona…
Potrafię czerpać przyjemność z chwili dnia, kiedy go widzę…
Odkrywam jego zachowania, jakbym codziennie poznawała go na nowo.
Czegokolwiek by nie zrobił… I taka będę go kochać.
Co czuję…
Kiedy on pisze takie rzeczy, cos w duszy zaczyna przerazliwie mnie bolec…
Czuje, jakby kazde jego slowo, w miare pisania jego reka i czytania moimi oczyma -wżeralo mi sie do serca… To takie uczucie, jak gdyby ktos wbil ci noz do miesnia gladkiego sercowego az po samą rekojesc i z wbitym tam ostrzem począł obracac trzon o minimum 180 stopni.
Klazde jego slowo, zamiast byc mi oparciem -rani tak bardzo…
W chwili, gdy moja jedyna potrzeba i pragnieniem jest wtulic sie w jego silne cialo -jednym slowem potrafi odtrącic mnie, jak gdyby odepchnal mnie poprzez fizyczne potkniecie.
Nie moge zniesc mysli, ze robi to wszystko tylko po to, by byc ze mna w chwili swojej seksualnej potrzeby… Jak gdyby tak bylo mu wygodniej, na zasadzie -mam potrzebe na seks, wiec chce sie z toba przespac. A pozniej idz sobie…
Tak bardzo go potrzebuje… on chyba nie zdaje sobie sprawy, ze kocham go tak bardzo, ze gdyby trzeba bylo oddac za niego zycie, to zrobiłabym to tu i teraz, bez chwili wahania…
Ze kocham go ponad to wszystko, co czuje moje cialo…
Czysta miloscią… O czym on nawet nie chce słyszec..
Wszystkie moje rozpaczliwe próby zblizenia sie poprzez uczucie, koncza sie odtraceniem z jego strony… zbywa mnie swoja obojetnoscia, pomija milczeniem moje deklaracje i wyznania…
Zawsze wydawalo mi sie, ze tego pragne. Byc przy nim, wpatrywac sie w jego twarz, uczyc od niego pewnych zachowan, oddychac tym samym powietrzem, co on.
Byc przy nim.
Wydawalo mi sie, ze samo przebywanie w jego obecnosci uczyni mnie wyjatkowa osoba, jaka zawsze chcialam byc dla niego.
Jak bardzo sama sie oklamuje…
Los uczynil mnie jedynie jego kochanka, a moja wyjatkowosc opiera sie przede wszystkim na tym, ze obecnie jestem jedyna dziewczyna, w której pozostawia on swoje nasienie.
Zawsze myslalam, ze jest bardzo wrazliwy, delikatny, stonowany i czuly…
Jakze sie mylilam.
Nie wiem, co boli bardziej… Kiedy go nie ma? Kiedy nie widze go dluzej, niz 2 dni?
Kiedy nie patrze w te jego szaro niebieskawe oczy?
Czy kiedy jest, kiedy traktuje mnie jak obiekt seksualny, bardzo przedmiotowo, widzac i pożadając jedynie mojego ciala w swoim seksualnym popędzie? Kiedy mowi cos i nie zastanawia sie, czy to mnie zaboli, zrani? Kiedy w ogole nie przejmuje sie mną?
Nigdy nie sądzilam, ze związek z nim tak bardzo bedzie mnie ranil… Nie mialam swiadomosci, jaki on jest naprawde…
Sa dni, kiedy chcialabym wtulic sie w niego i po prostu zapomniec, jaki jest… nie czuc sie tak bardzo samotna.
Bo to jakis paradoks… bedac fizycznie, przebywajac z kims -byc jednoczesnie samotnym, tak samotnym, ze az boli.
On nigdy tego nie zrozumie, za malo w nim empatii… moze nie chce byc takim, moze uwaza, ze to jedna wielka bzdura…
Ale mimo to kocham go.
Jestem skazana na taka milosc…